Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
53 posty 296 komentarzy

skangurzały goj z Radomska

Jerzy.63 - Jestem głupi, głupszy ode mnie był tylko Sokrates, ten to już nic nie wiedział, frajer jeden. Jeszcze się tym chwalił, idiota! Tedy za niewinność zainkasował wyrok śmierci. Śmierć frajerom!!!

Krakowska przygoda Marszałka Piłsudskiego

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Niektórzy mówią, że palce w tym maczał Kaszpirowski albo jaki inny cudotwórca. Ale, nie – to był cud i wszelkie próby jego wytłumaczenia mijają się z celem.

Otóż pewnego majowego poranka Marszałek Józef Piłsudski stanął obok swego sarkofagu, żywy (nie: „jak żywy”) pod Wieżą Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Ubrany w swój „siwy strzelca strój”, na głowie zaś miał znaną wszystkim maciejówkę. Później okazało się, że w tym samym czasie z Uniwersytetu w Wilnie zniknął mózg Marszałka a z cmentarza na Rossie jego serce. I w żadnym wypadku nie byli to litewscy nacjonaliści. Cud, po prostu cud.

Piłsudski stał dłuższą chwilę koło swego sarkofagu nie, bardzo mogąc zrozumieć, w jaki sposób się tu znalazł, aż nadszedł jakiś facet od sprawdzania ważności biletów:

- A bilecik wstępu do grobów królewskich szanowny Pan ma?

- No, nie i w ogóle nie wiem, co tu robię – odparł Marszałek.

- To w takim wypadku umówmy się tak: szanowny Pan natychmiast opuści Wawel, a ja nie będę mu wystawiał karnego biletu.

- No, dobra, machnął ręką Piłsudski, który wcale nie miał ochoty tu dłużej przebywać.

 

Przeszedł obok pomnika Kościuszki, „daru miasta Drezna” i to, co go najbardziej uderzyło to potworny szum, szum samochodów, szum współczesnej cywilizacji, strasznie się ciężko było do tego przyzwyczaić człowiekowi, którego nie było na tym świecie od 78 lat.

Chciał znaleźć ustronne miejsce, a o to w centrum Krakowa trudno, wszędzie pełno ludzi. Jednak ku jego zaskoczeniu, nikt nie zwracał na niego większej uwagi, nie, żeby go nie poznali, ale mało to w Krakowie maskarad? A to Emaus z „Tatarami”, a to rocznica bitwy wiedeńskiej z „królem Janem”, a to hołd ruski czy pruski. Tedy wszyscy przechodnie myśleli, że szykuje się jakaś nowa z Piłsudskim w roli głównej. Zaś najczęstszymi aktorami byli pijani przechodnie udający pijanego Piotra Skrzyneckiego, który bardzo lubił po pijaku spacerować z butelką wina po Plantach. To znaczy, udawali Skrzyneckiego, a nie pijanych, pijani byli.

Marszałek zdecydował się też na spacer Plantami, czuł się jednak w cieniu drzew nieco bardziej anonimowy. Doszedł do statuetki Kardynała Adama Sapiehy przy ul. Franciszkańskiej:

-Zdechłeś, kanalio! Powiedział, gdy przeczytał, że już nie żyje. Ale satysfakcja trwała mniej niż sekundę, bo tam też było napisane, że „modlił się w ciemną noc okupacji”. Teraz już wiedział, że od czasu, gdy ostatni raz był świadomy, minęło wiele lat, że była okupacja, w mig pojął, że Polacy tę wojnę przerżnęli. Ale jak tu się zapytać, który mamy rok, co się wydarzyło, przecież wezmą go za wariata. Tedy zaczął się wsłuchiwać dyskretnie w rozmowy przechodniów. Idzie dwóch młodzieńców o lekko chuligańskich rysach, jeden mówi:

- K***a, Nokię mi zapi***lili, nowego smartfona, nie jakieś badziewie! Nową komórkę! Marszałek miał zawsze szacunek dla złodziei, uważał ich za jeden z bystrzejszych podgatunków człowieka. Doszedł do wniosku, że od czasów jego śmierci w fachu złodziejskim nastąpił postęp: dawniej kradziono z komórek, ale żeby całe komórki? A swoją drogą co to za gospodarz co sobie pozwoli komórkę ukraść? A wygląda na bystrzachę.

Idzie dalej a tu na ławce siedzi sobie dwóch studentów, brodatych okularników. Jeden trzyma na kolanach laptop (nowy DELL, nie jakiś fajans) i nerwowo stuka w klawiaturę, a drugi zagaduje. Coś nie gra?

- A wiesz, odkąd zainstalowałem nowego Worda 2010, komp mi się co trochę wiesza.

- Ja używam Linuksa i Libre Office i nie mam takich problemów - odparł drugi.

Komendant nic z tego nie zrozumiał, ale zdanie zapamiętał.

Doszedł już prawie do kościoła Św. Anny, patrzy a tu na ławeczce siedzi sobie bloger Sowiniec, też z nowym DELLem na kolanach i też stuka w klawiaturę.

- Dzień dobry Panie Marszałku! Ukłonił się grzecznie Marszałkowi Sowiniec, jakby go wcale nie zdziwiła jego obecność w świecie żywych.

- Dzień dobry, jestem Józef Piłsudski, a Ciebie jak zwą?

- Zwą mnie Sowiniec, odparł bloger zgodnie z prawdą. Właśnie piszę artykuł o zanieczyszczeniu Krakowa, bo my tu w Krakowie mamy poważne problemy z zanieczyszczeniem atmosfery, Pan wie, Kraków leży w dolinie, jest zła wymiana powietrza...

- Za moich czasów to dopiero śmierdziało, a mieszkałem tu parę lat na ul. Długiej, a najbardziej to śmierdziało na Kleparzu. Tu w Krakowie to faktycznie zgnilizna, wilgoć, smród i mgła. Powiedz mi przyjacielu, który mamy rok, bo ja zdaje się, 40 minut temu wstałem z grobu.

- 2013, odparł Sowiniec, mogę Panu opowiedzieć, co się w międzyczasie wydarzyło.

- Ale najpierw mi powiedz co to za maszyna, w którą tak stukasz.

Nowy DELL, 8 giga ramu, nowe Windows 8, lewa kopia Worda 2010 i darmowy antywirus avast! No wie pan, takie tam buzery-bajery, elegancja-Francja. Ale i tak się czasem wiesza.

- Ja używam Linuksa i Libre Office i nie mam takich problemów.

I stała się rzecz niedobra. Sowiniec zamarł, oczy mu się metafizycznie wytrzeszczyły, jak po przeczytaniu najnowszego wpisu JF Libickiego a co gorsze opadła, a raczej upadła mu szczena wprost na wyasfaltowany chodnik krakowskich Plant. Na szczęście trwało to krótko, bo szczenę natychmiast podniosła i włożyła na swoje miejsce przechodząca tędy Renata Rudecka-Kalinowska:

Sowiniec, twoja szczena.

Szczena już była na swoim miejscu, ale mina Sowińca pozostała niezmieniona. RRK spojrzała nań, doszła do wniosku, (ach te rozkosze nieświadomości!) że to jej kobiecy urok doprowadził blogera do takiego stanu, uśmiechnęła się szelmowsko i wypaliła:

- Co, podobamy się? Nie dla psa kiełbasa, moherze.

Po czym spojrzała na Marszałka i dodała:

- A te patriotyczne maskarady Wam nie pomogą, „piłsudczycy” od siedmiu boleści!

Kosz od pani Reni nieco poprawił stan Sowińca, zaczął dawać znaki życia, a RRK dumnie oddaliła się, kręcąc zalotnie (jak jej się wydawało) pół***ami. I za chwilę...

...Bęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęc!

Prawy, wysoki obcas (lewy też był wysoki) wpadł w dziurę w chodniku pochodzącą jeszcze z czasów pisowskich. Mrok kaczyzmu zaciemnił widok naprawiającym go robotnikom. Renata Rudecka-Kalinowska upadła na plecy i wyrżnęła głową w chodnik, tworząc nową dziurę, bynajmniej nie pisowskiego pochodzenia. Pół***ki przestały się kręcić a zaczęły boleć i tym razem nic już jej się nie wydawało, bolały naprawdę. Nie było takiego przekleństwa, którego by obolała RRK pod adresem zwolenników Prawa i Sprawiedliwości nie wypowiedziała, tedy przez przyzwoitość nie będziemy ich powtarzać.

Z tą pisowską dywersją to też nie jest sprawa jasna, bo za ten odcinek chodnika odpowiedzialnych było dwóch robotników, ludzi już niemłodych, słabo wykształconych, pochodzących jeden z Pcimia a drugi z Kłaja. Powstał nowy, niepisowski dylemat: czy aby chodników nie powinni naprawiać młodzi, dobrze wykształceni z dużych miast.

Marszałek zagadał do dochodzącego do siebie Sowińca:

- Nosicie takie imię jak wzgórze w Lesie Wolskim.

- A wie Pan, że na Sowińcu usypano panu kopiec i że...

- Tak, Krakusy lubią sypać kopce, ja tam nie widzę, żeby pan chodził z kopcem na głowie, ale wiecie co? Może byśmy tak przejechali się tramwajem na Długą, gdzie mieszkałem, zobaczymy, jak to teraz wygląda.

W tramwaju czekała ich nowa przygoda. Na widok Komendanta w „siwym strzelca stroju”, w maciejówce na głowie, grupa starszych, gorzej wykształconych pasażerów rzuciła się do wyjścia z okrzykiem: wiejemy, kanar!

To endecy? Spytał Piłsudski.

Nie, to pisowcy, odpowiedział smutno Sowiniec.

 

Przejażdżka poprawiła humory i jednemu i drugiemu. Wracali pieszo, przez ulicę Sławkowską, Rynek Główny a bloger opowiadał historię polski od 1935 roku aż do czasów współczesnych, co skutecznie pomogło popsuć poprawione humory i jednemu i drugiemu.

Przeszli przez Rynek aż do Placu Dominikańskiego i dalej w stronę Wawelu. Tam przy ulicy (Anny) Grodzkiej, pod numerem 52 mieści się Instytut Filozofii, a w nim ciężko pracują Jan Hartmann i Ryszard Legutko.

Marszałek jednak zignorował ten Przybytek Mądrości Wszelakiej i spojrzał się na przeciwną stronę ulicy.

- A tam – skomentował bloger Sowiniec – mieściła się w czasach PRL-u syfiata kawiarnia „Pod Pawiem”, gdzie na kawę lubiła wstąpić znana pisarka, Manuela Gretkowska. Ale zaraz zmienił temat i zagadnął patetycznie: Nie lubię się podlizywać, ale uważam, że jakby pan żył, to inaczej potoczyły by się losy Polski

- Wy wiecie co, Sowiniec? - Westchnął ciężko Marszałek.

- Wy mnie już lepiej zaprowadźcie do mojego sarkofagu pod Wieżę Srebrnych Dzwonów.

I zaprowadził!

 

KOMENTARZE

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

ULUBIENI AUTORZY